Alleycat Bułka z masłem

Data: 18-10-2004
Organizatorzy Radzio i Trafior

Zdjęcia Trafiora
Opis Yaroosh'a :

"Chciałbym opisać wrażenia z mojego pierwszego alleycata.
Po pierwsze primo: było zajebiście !!!
Po drugie primo: NIE DAM SIĘ WIĘCEJ NABRAĆ RADZIOI'owi
Po trzecie primo ultimo ;-): odnosi się do drugiego - jak to było "bułka z masłem" to co w takim razie jest na zwykłym ??? ;-).

A teraz opis (trasa, i trochę wrażeń, spostrzeżeń, etc.), nazwy punktów podaję tak jak dostaliśmy, jeśli nie było adresu to dopisałem w nawiasach: Organizator ustalił miejsce startu na Rondo Babka (obecnie Radosława). Po dojechaniu na miejsce okazało się, że nie w tym miejscu się gromadzimy, jednak znalazła się litościwa dusza i wskazała właściwe. Na właściwym nie było jeszcze ani Radzioi'a, ani Trafiora, więc generalnie nikt nic nie wiedział. Jednak nie ma tego złego, poznało się "offline" ludzików z precla i luzik. Organizator, jak to zwykle, zjawił się prawie na końcu. Zaczęły się zapisy. Ucieszyłem się jak się dowiedziałem, że pierwszorazowych jest więcej niż tylko ja. Myślę sobie - dobra nasza, nie powinno być tragedii. Po zaopatrzeniu się w szprychówkę, gadamy sobie w najlepsze, aż tu nagle - konsternacja - Trafior każe znieść wszystkim rowery do zagłębienia poniżej ronda. W pierwszej chwili myśleliśmy, że to żart,ale okazało się że jednak nie. Po zniesieniu wyszliśmy na górę, i dalej sobie gadamy, gdy nagle zauważyłem, że na kole obok szprychówki pojawiła się koperta. Tego się chyba nikt nie spodziewał, no może oprócz weteranów, którzy już chyba wszystko widzieli. Kiedy już wszysckie rowery miały koperty Radzioi ujawnił "o co dziś biega". W kopercie była lokalizacja pierwszego punktu, na którym się dostawało lokalizację następnego, na nim kolejnego, etc. Jednym słowem, teoretycznie, trasa jednakowa dla wszystkich. Piszę "teoretycznie" bo każdy ma swoje drogi i dróżki, zna miasto lepiej lub gorzej (ależ to dzisiaj wyszło, ojojoj :-)). Zadanie polegało na przywiezieniu wszystkich karteczek otrzymywanych na kolejnych punktach (to były jedyne potwierdzenia, zgubienie jakiejkolwiek pomimo odwiedzenia punktu, eliminowało zawodnika) w mało "złajdaczonej" kopercie. Kiedy wszystko stało się jasne, ustawiliśmy się na ścieżce, i poszło. Strzał adrenaliny jest niesamowity. Wszyscy na dół, rowery pod pachy i biegiem na górę. Otwarcie koperty, pierwszy punkt "Sanguszki, róg Wisłostrady". Jedyna sensowna droga to Słomińskiego w kierunku mostu Gdańskiego, i tak wszyscy "poszli". Jeśli się nie mylę to z ronda zjechałem pierwszy, ale nie cieszyłem się tym długo. Zaraz za rondem minęła mnie silna grupa, i tyle ich widziałem. Jednak nie zrażony ciąłem dalej. Dojeżdżając do wiaduktu przy Dw. Gdańskim patrzę i widzę, że cała grupa przede mną skręciła w stronę Intraco. Leciałem rozpędzony, myślę sobie "co mi tam, nie hamuję, najwyżej nadłożę, w końcu pierwszorazowy jestem", i poleciałem dalej w kierunku mostu nie skręcając. Za mną chyba tylko jeden koleś poleciał, reszta skręciła. Za wiaduktem trzecia w prawo (nie kojarzę nazwy), lekki zjazd lewym łukiem, znowu w prawo, i wypadłem na światłach przy PWPW. (Państwowa Wytwórnia Papierów Wartościowych). W tym momencie aż mnie zatkało. Okazało się, że dzięki temu manewrowi wypadłem jakieś 150-200 metrów przed pierwszą grupą, co dało taki efekt, że na pierwszym punkcie byłem PIERWSZY ! ! ! Zresztą o mało nie zostałem staranowany przez ową grupę, bo jak na zjeździe z Sanguszki zaryczałem do stojącego samotnie pod węzłem elektrycznym kolesia czy to u niego jest punkt, a on potwierdził, to mało klamek nie urwałem hamując, a cała grupa była tuż za mną, niezły sajgon się zrobił. Niestety dalej nie było już tak pięknie. Następny punkt - Plac Dzierżyńskiego. Miałem niezły ubaw jak co młodsi wiekiem zaczęli się zastanawiać, o który plac chodzi. Wyciąłem prosto podjazdem na Starówkę, no i tu po raz pierwszy okazało się, że nie jestem tak mocny jak myślałem (niestety, wstyd przyznać, ale nie był to ostatni raz). Pod koniec podjazdu musiałem zejść z roweru bo bym chyba padł na pysk, oddechu nie mogłem złapać. Jednak nie zrażony, na górze, dosiadłem pojazdu, i dalej w drogę. Do pl. Bankowego (to jest właśnie dawny plac Dzierżyńskiego) w zasadzie nic się nie działo, lekko się pogubiłem w parku, ale bez przesady. Pod pomnikiem kolejna kartka, kolejny adres - most Świętokrzyski. Myślę sobie, luzik, kawałek płaskiego, zjazd na dokładkę, odpocznę kapkę. O naiwności ludzka. Po drodze uświadomiłem sobie, że nie wiem na której stronie mostu będzie punkt. Znając opowieści o poprzednich alleyach powinienem się spodziewać jego położenia, jednak nie wziąłem tego pod uwagę. Był oczywiście nie po tej co się dojeżdżało, tylko po przeciwnej, północnej stronie mostu. Część zawodników przerzucała rowery nad barierkami tuż koło punktu, część zostawiła rowery, a na punkt skoczyli piechotką i wracali "pod prąd", no hardcore po maxie. Ponieważ traktowałem całą sprawę jako dobrą zabawę to przelazłem na właściwą stronę jeszcze przed wjazdem na most. Kolejny punkt - Filharmonia Narodowa (Sienkiewicza). No pięknie, ledwie mi się oddech wyrównał troszkę a tu kolejny podjazd. Niestety, Tamka okazała się silniejsza ode mnie, no i koniec pokonałem "na piechotę". Potem Ordynacka, Warecka, plac "pod trumną", chyc przez schodki i już jestem pod Filharmonią. Stanąłem pod wejściem, rozglądam się i nagle słyszę łomotanie. Patrzę, a tu gość z parkingu mało szyby sobie nie wybił, tak łomotał, i pokazuje mi gdzie są ludziki. Podjeżdżam, karteczka - Szpital im. Orłowskiego, Czerniakowska. Pięknie, tylko o który to chodzi, bo na Czerniakowskiej są dwa, przy Karowej i przy Ludnej. Myślę sobie, nie będę leciał "na pałę" jak mam za plecami postój taksówek. Szybka konsultacja i już jadę dalej, na Ludną. Bracka, kawałek Kruczej, wyjazd na Aleje, znowu kawałek Brackiej, pl. Trzech Krzyży i już pędzę na dół. Pod szpitalem nikogo nie ma, jest jeszcze dwóch gości, postanawiamy okrążyć budynek. Przy wyjściu awaryjnym, czy też innym bocznym, siedzi ukryty koleś i niemrawo potwierdza, że to jednak u niego. Po wykazaniu się jeszcze jakotaką jasnością umysłu mam kartkę. Kolejny punkt, o ironio i przebiegłości organizatora, przed chwilą mijany - tak, tak, plac Trzech Krzyży. Trzeci podjazd już dziś, miałem nadzieję, że to już ostatni (nadzieja matką bezwonnych jest ;-))). To był jedydny podjazd, który zrobiłem w całości nie schodząc z roweru. Punkt pod "Witosem", kolejna karteczka do kolekcji, i kolejny zjazd na dół - pętla autobusu linii 171 przy Torwarze, zapisać ostatni odjazd w dzień powszedni, a potem pod kościól na rogu Szwoleżerów i Czerniakowskiej. No więc hopla na bajka, szybko minąłem gmach Sejmu, w lewo w Górnośląską, i już pomykam na dół. Pięknie złożony nabieram szybkości, myślę sobie, "miodzio", i odpoczywam. Na dole światła, rondo, zostało mi z 80-100 metrów,a tu pomarańczowe. Tnę dalej, zapaliło się czerwonę, myślę sobie "jeszcze myknę", i w tym momencie zobaczyłem radiowóz drogówki zjeżdżający prosto pode mnie z ronda. Po raz drugi w tym dniu o mało klamek nie urwałem, a zatrzymałem się w połowie pasów. Panowie się spojrzeli jak żaba na piorun, i pojechali. No to ja już chcę jechać dalej, ale patrzę, a na środku ronda, na "naleśniku", stoi następny radiowóz. Plaga jakaś czy co, myślę sobie. Sprawa za chwilę się wyjaśniła, okazało się, że na Legii był dziś mecz, i stąd to wszystko. Znalazłem pętlę, spisałem godzinę i jadę dalej (podobno tylko jednemu gościowi przyszło do głowy żeby zadzwonić do ZTM i zapytać o tą godzinę). Przy kościele na Szwoleżerów nie dałem rady, musiałem się napić, takiego "kapcia" już miałem, że szok. Otwieram kartkę, no nie to już przegięcie, kolejny podjazd (4) - Zamek Ujazdowski. Znowu nie dałem rady, tym razem pokonała mnie Agrykola. Jak zobaczyłem kolejny punkt to pomyślałem, że mam zwidy - zajezdnia na Chełmskiej. Kolejny zjazd na dół, wybrałem Belwederską, potem opłotkami, i zaraz byłem przy zajezdni. Jak zobaczyłem gdzie mam dalej jechać to się tak zacząłem śmiać, że aż rower mi upadł. "Lux - med", Racławicka, przy stadionie Gwardii. Droga niby prosta, łatwa i przyjemna, tylko ten podjazd pod Dolną, brrrr... Kiedy ostatni fragment Dolnej szedłem sobie chodniczkiem dotarło do mnie, że widziałem kilku gości jak wracali Belwederską do góry. Ki czort ?? I nagle olśnienie, pewnie pomylili Racławicką z Rakowiecką. Przydała mi się znajomość miasta w stopniu niemal perfekcyjnym, a przynajmniej o centrum mogę tak mówić. Na górze na rower, do Odyńca chodnikiem (wstyd), a potem cały czas prościutko pod stadion bez żadnych przygód, jeśli nie liczyć kilku zdziwionych gości w blachopędach po tym jak minąłem na czerwonym, prawie nie hamując, trzy kolejne skrzyżowania. Racławicka była, jak się okazało, przed ostatnim punktem, jednak czekało na nim zadanie do wykonania. A dokładniej nie na nim, co pomiędzy nim a metą. Na punkcie gość, oprócz kartki z namiarami mety, wydawał puszkę napoju (napoju bogów), jednak na metę należało przywieźć puszkę PUSTĄ. Kto nie miał okazji spróbować to szczerze polecam. Ledwo człowiek oddycha a tu jeszcze całą puszkę trzeba wypić. Ocinek niezbyt długi, bo meta na Polach Mokotowskich w Rancho. Nie sztuką było stanąć gdzieś przy krzakach i wylać. Były dwa warianty rozwiązania. Dojechać i wypić na miejscu, lub jechać sobie spacerkiem, nie po ulicy, i pić po drodze. Ja wybrałem drugą wersję. Po dojechaniu pod lokal zaczynamy gadki z już obecnymi, a tu wychodzi gość i mówi, że nie chciałby przeszkadzać, ale meta to jest przy stoliku po lewej stronie. No to rowery pierdut na glebę i w te pędy do środka, i to był nareszcie KONIEC. Pozostało poczekać na resztę, i na wyniki, wypić pożegnalne piwko, i zmykać.
Podsumowanie.
Dystans: ok. 28 km przy wybraniu optymalnej trasy, czyli moja miała chyba coś koło tego;

Czas: 1h20min lub 1h28min, nie jestem pewny, po prostu nie zapamiętałem, na pewno piniżej 1,5h;

Miejsce: 17 na 36 startujących, z tego co wiem to dojechało 26, więc jak na nowicjusza to nie aż tak tragicznie, wygrał oczywiście Bandit; Wrażenia: super, choć jak znowu w zaproszeniu zobaczę "bułka z masłem", "lajcik" lub coś podobnego to się bardzo poważnie zastanowię.

Na tym kończę, gratulacje dla tych co dotrwali do końca, bo wyszło mi ciut przydługawe. "
Autor galerii: Arbiter

Lenin i Jola przeglądają wyniki

Czołówka omawia wrażenia i analizuje popełnione błędy. Dzięki temu może następnym razem uda im się uzyskać większą przewagę nad kolejnymi zawodnikami. ...

Nowe twarze? *

Zdjcie 4 *

Tomek43. Mimo "dopiero" 4 miejsca i straty 6 minut humor jak widać dopisuje. *

Jeden z fajniejszych widoków - stosy rowerów przypiętych gdzie się da.

Jeden z fajniejszych widoków - stosy rowerów przypiętych gdzie się da.

Przy stole z lewej Kucharz, z prawej Jaca75

Za chwilę nastąpi odczytanie oficjalnych wyników

Napięcie sięga zenitu...

Trafior ogłasza wyniki

Zwycięzca wchodzi na podium. Wszyscy są kompletnie zaskoczeni. Nikt się nie spodziewał, że wygra Bandit!

Cała trójka na podium. Pierwszy Bandit, drugi Miki a trzeci Irek.

Chwila dla fotoreporterów

Zdjcie 15

Radości z otrzymanych nagród nie było końca.

Zwycięzcom bardzo przypadła do gustu Pani pracująca w barze. Zresztą chyba nie tylko im. *

Twórca nagród (Radzioi) z jednym ze swych dzieł czyli małym, ślicznym witrażem.

Jeszcze jedna fotka tak na wszelki wypadek gdyby pierwsza nie wyszła ;-)

Rowery

i jeszcze raz rowery,...

Nagrody czyli prawdziwe witraże zrobione przez Radzia. Nie jakieś tam malowane szkło *

Bodzio i Rudy. Mocna obsada jednego z punktów.

Bandit i Miki.

Na pierwszym planie Jaca75

Miki nie tylko potrafi dobrze jeździć na rowerze... *

Z przodu Bartek z tyłu Trafior.

Stąd się bierze piwo.

Radzioi zdradza niektóre tajniki sztuki wytwarzania witraży.

Miki ze zmęczenia dostał lekkich wypieków na twarzy

W pomarańczowej kapocie - Rysiek

Każdy chciał chociaż przez chwilę potrzymać witrażyk zwycięzców.

Kolczyk demonstruje do czego można wykorzystać kolczyk. *

Zobacz rwnie:

18-10-2004

Komentarze
  • Brak jeszcze komentarzy

Dodaj swj komentarz
Dodaj swoj opini:

Nick:

Tre:

Przeszukaj serwis